Potrzebuję, żeby pusty monitor i pusta stronica wirtualnego papieru przestały napawać mnie przerażeniem. I ponownego przyzwyczajenia się do dźwięku stukotu palców o klawiaturę. I bezproblemowego odnajdywania opuszkami klawiszy, bo od bardzo dawna nie używałam tego komputera. Zdążył się przykurzyć. Odkurzyłam go więc, staram się zaktualizować, zrobiłam nawet porządki w zapisanych witrynach i dużo rzeczy wyrzuciłam. Nadspodziewanie dużo. Nie potrzebuję już wielu rzeczy, bez których kiedyś ciężko byłoby mi wyobrazić sobie świat.
Oho, już uderzam w patetyczne tony. Bad writing.
Potrzebuję też terapeutycznej mocy pisania samej do siebie. Bo świetnie wiem z doświadczenia, że czytanie własnych myśli z perspektywy czasu świetnie robi na duszę. I na dystans (słowo, na które - nawiasem mówiąc - mam potworne uczulenie).
Potrzebuję wyrobić w sobie potrzebę pisania, bo Stephen King powiedział, że bez pisania nigdy się pisać nie nauczę. Gdyby jeszcze tylko on to powiedział, to może znowu aż tak bardzo by mnie to nie obeszło. Osobiście uważam, że King ma dość słabawe zakończenia. Ale co zrobić, kiedy powiedział to też Neil Gaiman. Podejrzewam, że każdy pisarz kiedyś to powiedział, a nawet jeśli nie, to pewnie każdy tak uważa. Practise makes perfect, czyż nie?
Pozostaje mieć nadzieję, że słowa przyjdą same. W zasadzie już trochę oddycham z ulgą, bo coś, co miało ograniczyć się do "hello, world" samo z siebie zmieniło się w czwarty już paragraf. Z chęcią poświęcę cowieczorne oglądanie serialu, jeśli słowa zaczną mi spływać. Kto wie, może kiedyś rzeczywiście napiszę tę książkę.
Gdybyś, przypadkowy internauto, zaplątał się tu kiedyś jakimś dziwnym zrządzeniem losu - witaj w mojej głowie. Nie liczę na twoją obecność. Nie będę o niej myśleć nawet. Piszę po to, żeby przestać obawiać się pustej kartki. I mam nadzieję, że pewnego dnia wszystkie kartki świata będą przeze mnie zapisane, a demony ulotnią się ze mnie, albo przynajmniej znajdziemy na zawsze wspólny język.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz