To było niesłychanie długie lato, prawie tak długie, jak te, które przetaczały się przez świat kiedy byłam małą dziewczynką. Być może to ostatnie nie ciągnęło się w nieskończoność, tak jak wtedy, ale z pewnością było długie. I dni były długie i jakoś pełniejsze. W każdym razie nie odnoszę, jak co roku o tej porze, wrażenia, jakby to zaledwie wczoraj była zima, podczas gdy nowa zima zaczyna powoli roztaczać wokół kręgi Bukowego chłodu. Chociaż to jeszcze daleko; Buka siedzi na razie w kącie i tylko nieśmiało i z rzadka chucha swoim mroźnym oddechem.
Wydaje mi się, że pierwszy raz w życiu mam zimne stopy, pomimo grubych skarpet i ciepłego koca. Jak przez mgłę pamiętam, że już kiedyś to czułam, ale zupełnie nie pamiętam, kiedy. Dziwne jest to uczucie, po przeszło trzydziestu latach cyklicznie zimnych stóp. Świetnie wiem, że należy się teraz spodziewać stóp zimnych bezustannie, ale z bliżej nieokreślonego powodu witam tę świadomość z uciechą.
Czyżby coś się zmieniło? Może po cichu i ukradkiem nabrałam innego spojrzenia na życie? Może wreszcie umościłam się wygodnie we wnętrzu własnej głowy i zaczęłam przyjmować rzeczy takimi, jakimi są?
Czyżbym wreszcie, po latach prób i prób i błędów i prób, znalazła tę cholerną receptę na życie tu i teraz? Nie. W dalszym ciągu przeszłości zdarza się spędzać mi sen z powiek, kiedy nie zdążę na czas przestać myśleć o utraconej miłości i tego typu pierdołach. W dalszym ciągu czuję się zbyt mocno zakotwiczona we własnych wspomnieniach, trochę pensjonarsko-pretensjonalnych.
A więc co, do diaska?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz