To zabawne, jak bardzo zmieniają się w życiu priorytety.
Jeszcze kilka lat temu życie kręciło się wokół picia, grania koncertów i spędzania całego czasu na zagłuszaniu jątrzącej świadomości, że nie mam grosza przy duszy. Nie przeszkadzało mi to jednak w kupowaniu kolejnego piwa, czy kolejnej flaszki ginu. W pewnym sensie świat był piękniejszy, widziany bezustannie przez soczewki alkoholowego widu.
Teraz martwię się o inne rzeczy. Nie piję, bo wiem, że jak przeholuję w piątkowy wieczór, to ciężko będzie mi wstać o 5.30 w sobotni ranek i iść na basen, żeby zrobić trochę cardio.
Jestem przerażona, bo zaziębiłam się i być może nie będę jednak w stanie oddać szpiku tej osobie z białaczką, dla której okazałam się być zgodnym dawcą.
Są też jednak rzeczy niezmienne, siedzące w mojej głowie, odkąd sięgam pamięcią. Nie wiem, czy ktoś bezlitośnie zainstalował to we mnie - świadomie lub nie - kiedy byłam jeszcze dzieckiem, czy też po prostu demony stanowią część składową mojego DNA.
Po przeszło trzydziestu latach życia nadal nie do końca wiem, jak sobie z tym radzić. Próbuję coraz to nowych i nowych rozwiązań, łapię milion srok za ogon, im więcej, tym lepiej. Ale to chyba dobrze. Jak to mawia Rory, "stać w miejscu znaczy cofać się".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz