Nie mam najmniejszej ochoty na pisanie, ale obiecałam sobie, że przynajmniej spróbuję spróbować. Codziennie. Chociaż kilka słów.
Boli mnie noga. Naciągnięte ścięgna w kostce, na której jak idiotka krzywo stanęłam. Nadwerężone kolano, bógwiedlaczego. Pewnie z powodu faworyzowania naciągniętej kostki. I wielki siniak, który nabiłam sobie dziś w pracy, kiedy próbowałam przeciągnąć po podłodze ciężkie krzesło, drugie ciężkie krzesło trzymając w ręce.
Jeśli bolesna noga myśli sobie, że powstrzyma mnie przed jutrzejszym pójściem na basen na szóstą rano, to grubo się myli. Potrzebuję odskoczni od pracy, której nienawidzę, od przeszywającego niepokoju, który bezustannie spycham na tył mózgu i od seksualnej frustracji, która najpierw urosła do rangi wielkiego problemu, a później spokojnie skurczyła się i stała elementem codzienności.
Duszę się. Zamknięta w jednym pokoju z facetem, z którym wcale nie wiem, czy jeszcze chcę być. Przez kilka dni zmuszeni jesteśmy prawie siedzieć sobie na kolanach. Ale wszystko ma przecież jakiś wyższy cel.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz