Koncertowo mi nie poszło. Miałam w planach pisać codziennie, żeby oswoić się z syndromem pustej kartki i wyrobić w sobie nawyk. Oczywiście wszystko inne stało się ważniejsze, a codzienne zmęczenie i prokrastynacja wzięły górę. Oh well.
Będę próbować.
Mówią, że nie można robić wszystkiego naraz. Ale jednak będę próbować. Będę pisać i muzykę robić będę, czasem rysować małe portrety ryb o wielkiej ilości detali. Będę robić zdjęcia. Będę chodzić na siłownię, co sobota przygotowywać zważone co do grama posiłki na cały tydzień, a w weekendowe poranki w dalszym ciągu zabierać mój mały samochodzik na przejażdżkę na basen.
Lubię robić wiele Rzeczy. Muszę robić wiele Rzeczy. Robienie wielu rzeczy sprawia, że wyjące w mojej głowie demony cichną na chwilę i jakby zajmują się własnymi sprawami. Życie w dalszym ciągu wydaje się ledwie do zniesienia. Konserwatyści ograniczają moje wybory, toczą się wojny, a morskie żółwie toną wśród plastikowych słomek i widelców. Będę więc robić wiele Rzeczy, żeby chociaż na chwilę zapomnieć o całym tym szicie.
Muszę oddać laptopa do naprawy. To jedna z pierwszych pozycji na liście, którą muszę odhaczyć, zanim naprawdę zabiorę się za pisanie książki. To jedna z niewielu pozycji na tej liście, która wydaje się naprawdę zasadna, a nie tylko dyktowana paraliżującym strachem przez wzięciem się na dobre za robotę.
Jest sobota. Mam kubek kawy i ciepły koc. Ale za chwilę biegnę do centrum, bo tam czekać na mnie będzie inna kawa w towarzystwie najlepszego przyjaciela z przeszłości, straconej miłości mojego życia. Potrzebuję tego towarzystwa dzisiaj, żeby przypomnieć sobie o paru ważnych sprawach. W międzyczasie teraźniejsza miłość (czy na pewno?) przygotuje mi te zważone co do grama posiłki na cały tydzień.
A jutro pójdziemy na łyżwy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz